Dzis byl dzien przygod i zagadywania obcych ludzi. Dwa razy bylam ja zagadnieta, raz zagadnelam ja.
Po raz pierwszy bylo calkiem normalnie w autobusie, mama dwoch coreczek chciala koniecznie wiedziec ile mi jeszcze zostalo, i czy to pierwsze, i ze zerat ciezko bo goraco. Taki ciazowy-smalltalk. Niby nic, ale milo. :)
Drugi raz bylo tez ciazowo, ale dziwnie. Stojac na swiatlach uslyszalam od starszej pani stojacej obok:
- No ale byla dluga i zimna zima!
Jako odpowiedz unioslam brwi i intensywnie zaczelam myslec, czy ta pani aby na pewno jest normalna, bo przeciez pelnia wiosny przed nami, sniegu nie widac juz od paru miesiecy i generalnie nikt juz zimy nie pamieta.
Na to mila pani zagaja dalej, gwoli wyjasnienia:
- A bo pelno takich z tym tutaj - i wykonala ruch reka w okolicy brzuchowej.
aaaa, to o to kaman. No nie zajarzylam, nie skumalamm, sorry. Ale usmiechnelam sie ze zrozumieniem, no bo faktycznie duzy tych z tym tam lazi. I w oczy kluje chyba.
Ale pani sie zreflektowala, ze chyba troche dziwnie zagadnela, bo dodala na odchodnym gwoli wyjasnienia:
- No bo przeciez noe mozna ludzkosci pozwolic wymrzec! Sama dwoje urodzilam!
A no nie mozna! Wiec rodzmy ludzie! I dzialajmy w zimowe wieczory i hodujmy te tam....
A trzecie spotkanie bylo najdziwniejsze. Podbudowana tym jakze milym dialogiem na temat ratowania ludzkosci, zobaczylam starszego pana stojacego mi na drodze, ktory dosyc bezradnie mamrotal cos pod nosem. Uslyszalam tylko:
- Ja nie wiem gdzie, bo aparat taki, i nie wiem dokad, co ja zrobie, bo ja nie wiem...
wiec sie zlitowalam i postanowilam pomoc. Dialog wygladal tak:
- Czy cos sie stalo?
- Bo tam byl taki aparat, i ja mowilem, i teraz nie wiem gdzie.
- zgubil sie pan?
- taki aparat..
- skad pan przyszedl?
- nie wiem.
- a gdzie pan mieszka?
- a pani?
- no ja tam - pokazalam palcem kierunek
- tak to tam! To chodzmy! - i ruszylismy w tamtym kierunku
bylam conieco zbita z tropu, nie wiezdialam co robic..
- jak sie pan nazywa? Ma pan jakies dokumenty? Czy moze pan w kieszeni sprawdzic?
- Bo taki aparat byl, na gorze. i poszedlem. Aparat ma pani?
- Mam telefon. Moze gdzies zadzwonic? Jaki numer?
- tak, w tamta strone pojdziemy. O takie nie! - powiedzial pan wskazujac na blok, ktory sie akurat wylonil.
- to nie jest pana blok? To nie tu? A jaki kolor ma byc? ten jest zielony! Moze tamten? - powiedzialam, wskazujac na blok pod ktorym pana zagadnelam.
- Tak! Ja tam na gorze! Aparat! To tam! Ja pojde? - kurzgalopkiem pognal w spowrotem, zostawiajac mnie zdziwionia na chodniku.
No przyznam sie, ze nie wiedzialam, co robic. Gonic? Z moim brzuchem? Dzwonic na policje? Zostawic? Stalam tak troche i patrzylam jak sie oddala, i skreca w strone bloku, ktory sam wskazal. Mam nadzieje, ze wszystko sie dobrze skonczylo. Choc chyba jednak powinnam byla za nim pojsc. Mam wyrzuty sumienia.
Po raz pierwszy bylo calkiem normalnie w autobusie, mama dwoch coreczek chciala koniecznie wiedziec ile mi jeszcze zostalo, i czy to pierwsze, i ze zerat ciezko bo goraco. Taki ciazowy-smalltalk. Niby nic, ale milo. :)
Drugi raz bylo tez ciazowo, ale dziwnie. Stojac na swiatlach uslyszalam od starszej pani stojacej obok:
- No ale byla dluga i zimna zima!
Jako odpowiedz unioslam brwi i intensywnie zaczelam myslec, czy ta pani aby na pewno jest normalna, bo przeciez pelnia wiosny przed nami, sniegu nie widac juz od paru miesiecy i generalnie nikt juz zimy nie pamieta.
Na to mila pani zagaja dalej, gwoli wyjasnienia:
- A bo pelno takich z tym tutaj - i wykonala ruch reka w okolicy brzuchowej.
aaaa, to o to kaman. No nie zajarzylam, nie skumalamm, sorry. Ale usmiechnelam sie ze zrozumieniem, no bo faktycznie duzy tych z tym tam lazi. I w oczy kluje chyba.
Ale pani sie zreflektowala, ze chyba troche dziwnie zagadnela, bo dodala na odchodnym gwoli wyjasnienia:
- No bo przeciez noe mozna ludzkosci pozwolic wymrzec! Sama dwoje urodzilam!
A no nie mozna! Wiec rodzmy ludzie! I dzialajmy w zimowe wieczory i hodujmy te tam....
A trzecie spotkanie bylo najdziwniejsze. Podbudowana tym jakze milym dialogiem na temat ratowania ludzkosci, zobaczylam starszego pana stojacego mi na drodze, ktory dosyc bezradnie mamrotal cos pod nosem. Uslyszalam tylko:
- Ja nie wiem gdzie, bo aparat taki, i nie wiem dokad, co ja zrobie, bo ja nie wiem...
wiec sie zlitowalam i postanowilam pomoc. Dialog wygladal tak:
- Czy cos sie stalo?
- Bo tam byl taki aparat, i ja mowilem, i teraz nie wiem gdzie.
- zgubil sie pan?
- taki aparat..
- skad pan przyszedl?
- nie wiem.
- a gdzie pan mieszka?
- a pani?
- no ja tam - pokazalam palcem kierunek
- tak to tam! To chodzmy! - i ruszylismy w tamtym kierunku
bylam conieco zbita z tropu, nie wiezdialam co robic..
- jak sie pan nazywa? Ma pan jakies dokumenty? Czy moze pan w kieszeni sprawdzic?
- Bo taki aparat byl, na gorze. i poszedlem. Aparat ma pani?
- Mam telefon. Moze gdzies zadzwonic? Jaki numer?
- tak, w tamta strone pojdziemy. O takie nie! - powiedzial pan wskazujac na blok, ktory sie akurat wylonil.
- to nie jest pana blok? To nie tu? A jaki kolor ma byc? ten jest zielony! Moze tamten? - powiedzialam, wskazujac na blok pod ktorym pana zagadnelam.
- Tak! Ja tam na gorze! Aparat! To tam! Ja pojde? - kurzgalopkiem pognal w spowrotem, zostawiajac mnie zdziwionia na chodniku.
No przyznam sie, ze nie wiedzialam, co robic. Gonic? Z moim brzuchem? Dzwonic na policje? Zostawic? Stalam tak troche i patrzylam jak sie oddala, i skreca w strone bloku, ktory sam wskazal. Mam nadzieje, ze wszystko sie dobrze skonczylo. Choc chyba jednak powinnam byla za nim pojsc. Mam wyrzuty sumienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz