Dzien Mamy minal nawet nie wiem kiedy. Jak to sobota, bylo pracowicie, ale byla tez i nagroda. Wybralismy sie na spacer nad rzeke i do biergartenu na precelka. To Lemur mi takie atrakcje na dzien mamy zapewnil, a poniewaz mialam kiepsku humor, to przez caly dzien calowal, rozsmieszal, zagadywal, no i oczywiscie sam posprzatal. Choc ja nie dalam sie tak calkiem wykluczyc, i choc okno jedno umylam. :)
A Zoska na dzien mamy ograniczyla sie do rozciagania mojego spojenia. A jest to prezent nielada, bo dzieki temu na pewno bedzie mi latwiej urodzic. :) Tak cora mysli o mamie! :)
A dzis?
Eeehhh to byl piekny dzien. Nie uwierzycie, ale tydzien przed terminem wybralam sie w gory. :) A co! Lemur poszedl sobie na klettersteig, to ja mam sama w domu siedziec? Choc wlasnie on by tak wolal. Bo przeciez w domu bezpieczniej. Ale to nieprawda, bo pojechalam z druga ciezarowka, i ona bardzo na mnie uwazala, jej maz byl gotowy w kazdej chwili jechac do szpitala. Plan awaryjny mielismy ustalony na kazda mozliwa sytuacje, jaka nam przyszla do glowy.
Wiec ekipa byla olbrzymia, chyba 15 osob, oni sobie wedrowali na nozkach do gory, a ciezarowki wyjechaly kolejka. Kolo stacji wyciagu byla chata z restauracja, i dalej jeszcze ok pol godziny na szczyt. Wiec my sobie podreptalysmy w strone szczytu, tak z 10 minut, i podziwialysmy po drodze widoki. A podziwiac bylo co, bo to byla jedna z najbardziej widokowych gor, stojaca miedzy dwoma lazurowymi jeziorami, i z przepiekna panorama Alp. Potem byl Kaiserschmarrn (o niebiosa, jakie to bylo dobre!!!), taki rodzaj racucha z cukrem pudrem i musem jablkowym. Mniam. No i do tego pogaduchy z druga ciezarowka, wymiana doswiadczen, dolegliwosci, hostorii i obaw, no i oczywiscie rozterek zwiazkowych. Nie ma to jak rozmowa z kims, kto cie rozumie! :)
A Zoska na dzien mamy ograniczyla sie do rozciagania mojego spojenia. A jest to prezent nielada, bo dzieki temu na pewno bedzie mi latwiej urodzic. :) Tak cora mysli o mamie! :)
A dzis?
Eeehhh to byl piekny dzien. Nie uwierzycie, ale tydzien przed terminem wybralam sie w gory. :) A co! Lemur poszedl sobie na klettersteig, to ja mam sama w domu siedziec? Choc wlasnie on by tak wolal. Bo przeciez w domu bezpieczniej. Ale to nieprawda, bo pojechalam z druga ciezarowka, i ona bardzo na mnie uwazala, jej maz byl gotowy w kazdej chwili jechac do szpitala. Plan awaryjny mielismy ustalony na kazda mozliwa sytuacje, jaka nam przyszla do glowy.
Wiec ekipa byla olbrzymia, chyba 15 osob, oni sobie wedrowali na nozkach do gory, a ciezarowki wyjechaly kolejka. Kolo stacji wyciagu byla chata z restauracja, i dalej jeszcze ok pol godziny na szczyt. Wiec my sobie podreptalysmy w strone szczytu, tak z 10 minut, i podziwialysmy po drodze widoki. A podziwiac bylo co, bo to byla jedna z najbardziej widokowych gor, stojaca miedzy dwoma lazurowymi jeziorami, i z przepiekna panorama Alp. Potem byl Kaiserschmarrn (o niebiosa, jakie to bylo dobre!!!), taki rodzaj racucha z cukrem pudrem i musem jablkowym. Mniam. No i do tego pogaduchy z druga ciezarowka, wymiana doswiadczen, dolegliwosci, hostorii i obaw, no i oczywiscie rozterek zwiazkowych. Nie ma to jak rozmowa z kims, kto cie rozumie! :)