No to ruszamy ze spisywaniem wspomnien. Pewnie bedzie mocno na raty, bo jak wiecie, z maluchem pod pacha nie jest latwo. :)
Tak wiec wszystko sie zaczelo w niedziele 03.06 w nocy, czyli dokladnie w dzien wyliczonego terminu porodu. Zoska sie zapowiada bardzo punktualnym czlowieczkiem byc. O ok. 3.00 w nocy obudzil mnie bolesny skurcz. Byl taki jak dwa tygonie temu przy falstarcie, wiec tym razem tez myslalam, ze to zmylka, bo dzien wczesniej wzielam moje lekarstwo na jelitka (tromboza mi sie znow zaczela nawracac). Wiec skurcze obserwowalam, ale nawet nie mierzylam, liczac, ze pewnie i tak lada chwila mi wszystko przejdzie. Ale po wizycie w toalecie, nic nie przeszlo, wiez zaczelam mierzyc. Troche nieregularne odstepy, ale tak co ok. 10-15 min byly. No wiec juz sie zaczelam domyslac, ze to chyba to. Ale spodziewalam sie tez, ze to potrwa, wiec hamowalam niespokojne pytania Lemura: to co, jedziemy? Bo strasznie przejety byl.
Ale ja spokojnie jeszcze zupe ugotowalam, zjedlismy obiad, kapiel wzielam, zagralismy w nasza nowa gre (bardzo fajna, Torres sie nazywa, ale chyba teraz nie bedziemy mieli za duzo okazji zeby pograc...), poszlismy na spacer. Na spacerze juz musialam robic przystanki i wieszac sie na Lemurze, wiec jak po przyjsciu do domu okazalo sie, ze skurcze sa co 7-8 minut, to sie zaczelismy zbierac do szpitala. Kosmetyczka juz byla dopakowana, zostaly tylko kanapki dla tatusia. On oczywiscie nic nie chcial, bo przeciez jest najedzony. Dopiero uwaga, ze nie wiem ile to bedzie trwac, ze lepiej miec i nie zjesc, niz nie miec i zalowac, sklonila go do przygotowania zapasow. I oczywiscie okazalo sie to byc swietnym pomyslem.
O 22.00 w niedziele 03.06 ruszylismy do szpitala, po tym jak wczesniej zadzwonilam i ich o naszym przybyciu uprzedzilam.
Tutaj fajna historyjka, jak zadzwonilam na porodowke, to uslyszalam przywitanie: Jedzenie jest gotowe!!!! Dopiero na moje zdziwione: Halo? Uslyszalam: O przepraszam! Halo? Ja myslalam, ze to nasza pani doktor dzwoni, bo mialam jej powiedziec jak kolacja bedzie gotowa. :) Pani polozna jeszcze w szpitalu sie tlumaczyla i z tego smiala. :)
W szpitalu nas oczekowano, od razu wyciagnieto moje dokumenty, ja musialm tylko oddac tzw. Mutterpass, czyli ksiazeczke ciezarnej, gdzie byly zamieszczone wszytkie informacje z przebiegu ciazy. I juz lezalam przypiety do ctg.
Naprawde niesamowita obsluga, fantastyczne podejscie. Juz na dzien dobry czulam sie bezpiecznie, i po prostu fajnie. Pani doktor zrobila usg, zmierzyla naszego malucha na lewo i prawo, probowala jeszcze raz zajrzec, czy moze plec sie nie zmienila (na moja prosbe, bo nasz pan doktor troche oporny byl) i zalozyla mi wenflon. Po prawie godzinnym ctg, i po badaniu, wynik byl nastepujacy: Szyjka bardzo miekka, rozwarcie szyjki malutkie, na jeden palec, skurcze sa, ale jeszcze bardzo nieregolarne i calkiem slabe. Tak wiec najpewniej bedzie to jeszcze troche trwac. Czy chce jechac do domu, czy zostac w szpitalu? Oni polecaja pozostac. No i ja tez wolalam. Bo po prostu czulam sie bezpieczniej. Tak wiec dostalismy wlasny pokoj, ja na lozku, Lemur na lezance, ja podpieta do ctg mialam sobie lezec, i probowac miedzy skurczami co nieco odpoczac.
I tak sie skonczyl dzien pierwszy porodu. Jak sie domyslacie, niewiele spalam, raczej odplywalam lekko w przerwach miedzy skurczami. Wiec jak zaczelo sie robic jasno, to bylam niezle zmeczona, a skurcze jakos ani nie przyspieszaly, ani nie stawaly sie intensywniejsze....
cdn.
Tak wiec wszystko sie zaczelo w niedziele 03.06 w nocy, czyli dokladnie w dzien wyliczonego terminu porodu. Zoska sie zapowiada bardzo punktualnym czlowieczkiem byc. O ok. 3.00 w nocy obudzil mnie bolesny skurcz. Byl taki jak dwa tygonie temu przy falstarcie, wiec tym razem tez myslalam, ze to zmylka, bo dzien wczesniej wzielam moje lekarstwo na jelitka (tromboza mi sie znow zaczela nawracac). Wiec skurcze obserwowalam, ale nawet nie mierzylam, liczac, ze pewnie i tak lada chwila mi wszystko przejdzie. Ale po wizycie w toalecie, nic nie przeszlo, wiez zaczelam mierzyc. Troche nieregularne odstepy, ale tak co ok. 10-15 min byly. No wiec juz sie zaczelam domyslac, ze to chyba to. Ale spodziewalam sie tez, ze to potrwa, wiec hamowalam niespokojne pytania Lemura: to co, jedziemy? Bo strasznie przejety byl.
Ale ja spokojnie jeszcze zupe ugotowalam, zjedlismy obiad, kapiel wzielam, zagralismy w nasza nowa gre (bardzo fajna, Torres sie nazywa, ale chyba teraz nie bedziemy mieli za duzo okazji zeby pograc...), poszlismy na spacer. Na spacerze juz musialam robic przystanki i wieszac sie na Lemurze, wiec jak po przyjsciu do domu okazalo sie, ze skurcze sa co 7-8 minut, to sie zaczelismy zbierac do szpitala. Kosmetyczka juz byla dopakowana, zostaly tylko kanapki dla tatusia. On oczywiscie nic nie chcial, bo przeciez jest najedzony. Dopiero uwaga, ze nie wiem ile to bedzie trwac, ze lepiej miec i nie zjesc, niz nie miec i zalowac, sklonila go do przygotowania zapasow. I oczywiscie okazalo sie to byc swietnym pomyslem.
O 22.00 w niedziele 03.06 ruszylismy do szpitala, po tym jak wczesniej zadzwonilam i ich o naszym przybyciu uprzedzilam.
Tutaj fajna historyjka, jak zadzwonilam na porodowke, to uslyszalam przywitanie: Jedzenie jest gotowe!!!! Dopiero na moje zdziwione: Halo? Uslyszalam: O przepraszam! Halo? Ja myslalam, ze to nasza pani doktor dzwoni, bo mialam jej powiedziec jak kolacja bedzie gotowa. :) Pani polozna jeszcze w szpitalu sie tlumaczyla i z tego smiala. :)
W szpitalu nas oczekowano, od razu wyciagnieto moje dokumenty, ja musialm tylko oddac tzw. Mutterpass, czyli ksiazeczke ciezarnej, gdzie byly zamieszczone wszytkie informacje z przebiegu ciazy. I juz lezalam przypiety do ctg.
Naprawde niesamowita obsluga, fantastyczne podejscie. Juz na dzien dobry czulam sie bezpiecznie, i po prostu fajnie. Pani doktor zrobila usg, zmierzyla naszego malucha na lewo i prawo, probowala jeszcze raz zajrzec, czy moze plec sie nie zmienila (na moja prosbe, bo nasz pan doktor troche oporny byl) i zalozyla mi wenflon. Po prawie godzinnym ctg, i po badaniu, wynik byl nastepujacy: Szyjka bardzo miekka, rozwarcie szyjki malutkie, na jeden palec, skurcze sa, ale jeszcze bardzo nieregolarne i calkiem slabe. Tak wiec najpewniej bedzie to jeszcze troche trwac. Czy chce jechac do domu, czy zostac w szpitalu? Oni polecaja pozostac. No i ja tez wolalam. Bo po prostu czulam sie bezpieczniej. Tak wiec dostalismy wlasny pokoj, ja na lozku, Lemur na lezance, ja podpieta do ctg mialam sobie lezec, i probowac miedzy skurczami co nieco odpoczac.
I tak sie skonczyl dzien pierwszy porodu. Jak sie domyslacie, niewiele spalam, raczej odplywalam lekko w przerwach miedzy skurczami. Wiec jak zaczelo sie robic jasno, to bylam niezle zmeczona, a skurcze jakos ani nie przyspieszaly, ani nie stawaly sie intensywniejsze....
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz