Pani anestezjolog byla chyba najmniej mila osoba podczas calego mojego pobytu w szpitalu. Choc w sumie to ja ja rozumiem, ma bardzo odpowiedzialne zadanie. Kiedy mi wysmarowala plecy, i chciala sie zaczac wkluwac, to ja sobie jedna reka poprawilam spadajacy kitel. I to byl blad, bo pani anestezjolog ryknela: nie ruszac sie!!!! I nawet jak przyjdzie skurcz, to niech pani nie drgnie!!!!! No wiec wyobrazacie sobie, jak sie zestresowalam. No bo jak tu sie nie ruszac przy skurczu? Wnosze, ze ta pani sama nigdy nie rodzila. Wiec siedzialam z wygietym kregoslupem, i modlilam sie, zeby zdazyla przed nastepnym skurczem, I udalo sie. :) moze moj stres tez spowodowal, ze nastepny skurcz przyszedl troche pozniej... ktoz to wie. W kazdym razie udalo sie jej pieknie wkluc.
Noooo prawie idealnie. Bo jak sie juz za chwile okazalo, lewa strona cos slabo byla znieczulona. Pani anestezjolog ostrzegala, ze cos takiego moze sie zdazyc, ale wtedy trzeba po prostu sie polozyc na tej stronie mniej znieczulonej, zeby sie rureczka wbita w rdzen kregowy przesunela. Coz, niestety u mnie nie pomoglo. Do tego pani polozna kazala mi sie ustawiac na czworaka, z jedna noga uniesiona (nie wiem czemu, ale od razu mi sie skojarzylo z sikajacym psem :)), zeby pomoc dziecku sie ustawic bokiem. Bo nie wiem czy wiecie, ale maluch wchodzi do miednicy, czy tez szyjki macicy bokiem, czyli twarza w strone nogi matki, potem w trakcie sie przekreca o 45° i przez pochwe wychodzi twarza na dol. Wynika to z ulozenia otworow. Tak jest dziecku najlatwiej.
Tak wiec po znieczuleniu nie mozna stac, wiec wszelakie pomoce jak pilka, taboret, drabinki i inne, nie wchodzily w gre. Ale na czworaka na lozku moglam. Wiec jak czulam zblizajacy sie skurcz, bo sie wdrapywalam na czworaka, za kazdym razem podciagajac sie na rece Lura, ktory caly czas byl przy mnie. A w przerwach miedzy skurczami kladlam sie na lewym boku, co by tam tez znieczulenie zadzialalo. Ale nie chcialo. Wprawdzie zniknal najwiekszy bol, ale ciagle jeszcze wszystko czulam po lewej stronie.
W sumie okazalo sie to nie takie zle, bo dzieki temu moglam czynnie uczestniczyc w porodzie. Sama czulam zblizajacy sie skurcz, i wiedzialam kiedy przec. Normalnie przy pda nie czuje sie absolutnie nic od pasa w dol, i jakakolwiek wspolpraca jest utrudniona. Rodzaca musi sluchac kogos, kto patrzy na wykres ctg i mowi jej kiedy ma przec. Ale i tak ona sama nie czuje JAK prze.
A czulam wszystko. Czulam dziecko przechodzace przez miednice, i darlam sie IDZIE!!! Mi sie wydawalo, ze ono zaraz wyskoczy i dziwilam sie, ze polozna siedziala przy biurku i wypelniala jakies dokumenty. Ale ona wiedziala co robi, bo to troche trwalo. Przechodzenie glowki przez miednice i drogi rodne trwa calkiem dlugo, tak na oko bym powiedziala, ze 20-30 min, i nastepuje calkiem samoistnie. Nie trzeba jeszcze przec, jedyne co trzeba robic, to pozwoli mu sie przesowac. Poniewaz ma cie uczucie strasznego parcia na obyt, i masz wrazenie ze za chwile zrobisz wielka kupe, to wiele kobiet w tym momencie sie blokuje i spina, i nie chce pozwolic dziecku wyjsc. Ja bylam na to przygotowana, wiedzialam, ze tak to bede czuc, i do tego mialam calkiem przyzwoita lewatywe zrobiona, plus moje jelitka same tez sie calkiem niezle w nocy oproznily. Tak wiec ja tego stresu nie mialam, i bylam calkiem rozluzniona.
Po kilkunastu skurczach polozna w koncu podesza do mnie: Super! juz widze wloski! Jak dla mnie masakra. :) czy chce pani dotknac glowki? Nieeee, wolalabym dziecko juz w calosci. Czy pan chce zobaczyc? NIEEEEEEEEE - to my oboje. :) No jeszcze czego, ja sama tego nie widze, a on bedzie ogladal. Jeszcze mi sie potem jakiejs awersji nabawi, i bedzie mu sie przypominac. Nie ma takiej opcji.
Ok, to jak nie to nie. No to teraz jak pani powiem kiedy, to pani bierze sie pod kolano (lezalam na boku), przyciska brode do piersi, zamyka oczy i usta i przeeeee. A jak powiem ze nie, to wtedy prosze sapac, ale nie przec! I uwaga.... teraz!!! I nabrac powietrza i jeszcze raz!!! I jeszcze raz!!!! super!!! Odpoczywamy! Nastepny skurcz, wiec powtarzamy wszystko jeszcze raz!!!!
Ja w miedzy czasie oczywiscie zobie pokrzykiwalam i miarzdzylam Lemurowi palce, ale niesamowitym bylo czuc jak dziecko sie przeciska.
A teraz spokojnie! Nie przemy! Czy chce pani ustawic sie na czworaka, zeby troszke odciazyc krocze?
No z jednej strony fajnie by bylo, jak bym nie pekla, ale z drugiej strony wizja ruszania sie teraz troszke mi sie nie podobala. Wiec powiedzialam, ze nie chce sie ruszac. Ok, to jedziemy dalej. Pani polozna pomogla glowce powoli wyjsc, Lemur widzial z jego perspektywy cos wlochate czarne.
W nastepnym skurczu urodzilam jedno ramie, razem z fontanna wod plodowych, ktore pod takim cisnieniem wystrzelily, ze pani polozna oberwala. :) a potem juz tylko jedno pchniecie, i mala wyskoczyla miedzy moje nogi. Polozne jeszcze tylko odwinely pepowine z szyjki - na szczescie nie byla mocno zacisnieta i nie przeszkadzala malej wyjsc.
Bylam w stanie tylko na nie patrzyc i sapac.
No niech pani wezmie dziecko na rece.
Kto? Ja? Ale jak? Polozne pomogly mi sie lekko podniesc, schylic i siegnac miedzy moje nogi. I juz mala byla na moim brzuchu. Male czerwono-sine trzesace sie malenstwo wyladowalo na moim brzuchu. Przykryto nas recznikiem, gdzie wetknelismy oboje z Lemurem glowy, i szeptalismy do naszego malucha. Oboje strasznie wzruszeni. Lemur nawet chyba bardziej. Mam nadzieje, ze sie nie zdenerwuje jak napisze, ze lezka mu sie polala. Ja bylam zbyc naprana hormonami zeby plakac. Polezelismy sobie tak z pol godziny, w tym czasie polozne zajely sie moim lozyskiem, i przygotowaniem wszystkiego do zbadania malej. W miedzyczasie zrobili nam zdjecie, przecieli pepowine - tutaj tez pytali nas oboje, kto chce przeciac, ale zadne z nas sie nie kwapilo do tego, wiec zrobila to polozna. :)
Potem zabrali malucha na badania, a nade mna zaczely sie czary. Bo lozysko sie nie chcialo odkleic. byly masarze, uciskanie, ciagniecie za pepowine, akupunktura, proby wycisniecia przeze mnie - czyli wywindowaly mnie w kucki i mialam przec. Ale jakos nic sie nie rodzilo. oprocz strasznych ilosci takich krwistych skrzepow. Jak to widzialam, to niektore mialy srednice po 4 cm. To bylo podobno to, co wypelnialo macice, i otaczalo lozysko, i to co, normalnie tygodniami po porodzie wycieka.
W miedzy czasie dowiedzielismy sie, ze mala wazy 2950g, i mierzy 54cm. Czyli jest chuda i dluga. I calkowicie zdrowa.
A mnie, kiedy po godzinie lozysko ciagle jeszcze sie nie urodzilo, postanowiono wylyzeczkowac. Lemura wyslano z maluchem do innego pokoju, w do mnie przyszla sama pani szefowa, druga monitorowala wszystko na usg i zaczelo sie lyzeczkowanie...