29 cze 2012

gruba Helga

Wczoraj dostalam list. Urzedowy. A w nim?

"Po zapoznaniu sie ze wszystkimi dokumentami okazalo sie, ze Zofii przysluguje obywatelstwo niemieckie"

He???

No fajnie, ale z jakiej paki? My oboje polacy jestesmy, nigdy sie o niemieckie obywatelstwo nie ubiegalismy, wiec ja nie wiem. To chyba automatycznie jest, jesli rodzice sa legalnie dluzej niz 8 lat w niemczech.

No to teraz chyba bedziemy i my musieli je zdobyc. No bo jak to tak? Corka niemra, a rodzice polaczki?

Jedyne co mnie zdziwilo, to fakt, ze ona bedzie sie musiala po osiagnieciu pelnoletnosci zrzec polskiego, zeby zachowac niemieckie. Jesli tego nie zrobi, to straci niemieckie. Ja bylam przekonana, ze w EU mozna miec dwa obywatelstwa... No ale jeszcze troche czasu mamy, jakies 18 lat, na zastanawianie sie. Poki co bedzie miala dwa obywatelstwa i dwa paszporty.

I od wczoraj jest nazywana Helga. A czemu gruba? Bo wazy juz 4,100 kg!!! I nie ma jeszcze czterech tygodni! To jest niezly wynik!

27 cze 2012

moj porod - czesc szosta, ostatnia

To juz bedzie ostatnia czesc, bo przeciez kiedys trzeba zakonczyc wspominki i zabrac sie za opisywanie aktulanego zycia. Bo maluch rosnie jak na drozdzach, ma juz 4 kilo! I dzieje sie!

Stacja poporodowa przeszla moje najsmielsze oczekiwania. Pokoje dwu-osobowe z wlasna toaleta. Ze mna w pokoju pani z Gruzji po cesarce, ale tego samego dnia juz wyszla. Przez jeden dzien bylam sama, a na ostasni dzien dostalam azjatke po cesarce (dwa razy dziennie odwiedzala ja rodzina i przynosila jej azjatyckie jedzenie. Kto mial stycznosc wie, jak to smierdzi. Masakra. :)). Przy kazdym lozku male lozeczko z dzieckiem oraz szafeczka z wysowanym blatem. Maluch jest zawsze przy matce, chyba, ze ona chce go troche oddac pod opieke poloznych (zeby np. pospac w spokoju). Jesli nie chce (jak ja :)) to moze w kazdej chwili wcisnac guzik i polozna sie pojawi w ciagu 5 min gotowa do pomocy. Ja sie tego staralam nie wykorzystywac, ale kilka razy byla mi pomoc niezwykle potrzebna. Dzwonilam jak musialam isc dwa pierwsze razy do toalety, bo sama bylam za slaba, dzwonilam jak mala krzyczala z glodu (dostala troszeczke sztucznego jedzenia podawanego w strzykawce, zeby butelka nie zaburzac jej odruchu ssania), jak zrobila pierwsza kupke i ja balam sie przewinac, jak chcialam wode, herbate albo tabletke przeciwbolowa. I jeszcze z paru innych powodow.

Polozne byly ZAWSZE przemile, pomocne, usmiechniete. Z przyjemnoscia odpowiadaly na moje pytania, doradzaly, pomagaly. Nawet jak przychodzily do sasiadki, do do mnie tez zagadywaly, chwalily jak sobie dobrze radzimy i wspieraly.

Jedna nawet stwierdzila, ze to chyba moje drugie dziecko, tak super nam idzie z karmieniem. A my obie poprostu chyba nalezymy do naturalnych talentow, bo bez pomocy udalo nam sie od razu pieknie zassac, i dzieki temu (no moze tez dzieki tej oksytocynie dozylnej) dostalam mleko juz w drugiej dobie. Polozne byly zachwycone, bo normalnie trwa to ok cztery dni. Dla mnie byla to niesamowita ulga, bo po tym jak dziecko sie urodzilo zdrowe, to byla moja najwieksza obawa. Ze nie bede miala mleka. :) I kiedy  w ostatni dzien bylam swiadkiem rozmowy jednej mamy z lekarzem, to az sie poplakalam z emocji. Bo u niej byl to juz 4-ty dzien po porodzie, i ona nie miala jeszcze mleka, a nie chciala zadnych sztucznych odzywek dla jej dziecka. I lekarz probowal ja przekonac, bo maluch juz za duzo stracil na wadze, i byl coraz slabszy. A ona uparcie nie chciala. A ja tylko przytulilam moja Zoske, i ze zlami podziekowalam Bogu, ze ja mam mleko. Bo inaczej bym sie chyba zalamala. :)

I tak nam minely dwa i pol dnia na oddziale. W miedzyczasie Lemur wpadal i rozpieszczal mnie owocami, kwiatami, soczkami, i co mu tam jeszcze do glowy przyszlo. Generalnie nie nadazalam z jedzeniem, bo go tyle bylo. Na sniadanie bufet - musli, bolki, sery, wedliny, a na obiad i kolacje zawsze trzy dania do wyboru. Lepiej niz w hotelu. :)

Czy wspominalam, ze bylam bardzo slaba? Podczas lyzeczkowania stracilam mimo wszystko duzo krwi, moj poziom zelaza byl duuuzo ponizej normy, i dlatego te zawroty glowy. Codziennie dostawalam zelazo, a i tak samodzielne dojscie do sali na sniadanie, bylo wielka wyprawa, i musialam w miedzyczasie odpoczywac. Kazde kozystanie z toalety trwal wiecznosc, pod prysznic poszlam dopiero na trzeci dzien pod nadzorem Lamura. Przez dwa tygodnie jeszcze dochodzilam do siebie, i nie bylam w stanie wyjsc z domu. Ale teraz juz jest ok.

Pozytywem tego jest, ze nie mialam prawie wcale krwawienia po porodzie. To jest naprawde super zaleta, bo z tego co slyszalam, nie jest to wcale przyjemne i potrafi sie ciagnac strasznie dlugo. A jesli do tego ma sie jeszcze pekniete to i owo, i jest gorace lato, to moze byc nieprzyjemne. Wiec chetnie sie zgadzam na moja slabosc w zamian za to. :)

Podsumowujac, wspomnienia z porodu mam bardzo pozytywne. A to przede wszystkim przez niesamowicie pozytywna atmosfere. Wiec sklaniam sie ku teori, ze przy porodzie najwazniejsza jest polozna. Jesli ona jest profesjonalna, spokojna, mila i uczynna, i do tego traktuje sie jak czlowieka (co w polsce czesto nie ma miejsca), to wtedy wszystko inne nie jest straszne. A ja mialam to szczescie, ze sposrod ok 10 poloznych, ktore sie przewinely w trakcie calego porodu, 9 bylo niesamowicie milych. Wiec trudno nie miec super wspomnien. :)

22 cze 2012

moj porod - czesc piata

Taaaa, lyzeczkowanie.... To bylo chyba najmniej przyjemne z calego porodu. Trwalo ponad pol godziny, i prosze nie zapomniec, ze ja bylam tylko po prawej stronie znieczulona, wiec po lewej WSZYSTKO czulam. Bolalo jak cholera. Darlam sie chyba bardziej niz przy porodzie. Ale lekarki nic sobie z tego nie robily, i skrobaly dalej. Tylko polozne co jakis czas do mnie mowily, ze super  sobie radze. Ale bylam tak zmeczona, ze nawet nie mialam sily jakos za bardzo protestowac. Teraz z perspektywy, jak troche na ten temat poczytalam, to wiem, ze one nie mialy czasu czekac na znieczulenie. Juz za dlugo trwaly proby naturalnego urodzenia, i grozil mi krwotok. Juz i tak duzo krwo stracilam, wiec lekarki nie chcialy ryzykowac, ze strace jeszcze wiecej, wiec nie chcialy tracic ani minuta na dodatkowe znieczulenie. Tak wiec w sumie dzialaly dla mojego dobra.

Potem bylo jeszcze szycie, bo oczywiscie troche popekalam, na moje pytanie jak to wyglada, usylszalam, ze nie jest zle, w sumie tylko troszke peklam. Ale szycie trwalo ponad pol godziny, bo jak sie dowiedzialam, wiele warstw tego jest, i kazda musi byc zszyta osobno. I tym razem moje jeki zostaly wysluchane, i dostalam znieczulenie miejscowe po lewej stronie. I tak sobie lezalam, i dochodzilo do mnie, co sie wydarzylo. A ja stawalam sie coraz bardziej zmeczona, zeby nie powiedziec wykonczona. Nie bylam w stanie ruszc zadna czescia mojego ciala bez wysilku.

Jak sie skonczylo szycie, to wszystko juz poszlo szybko. Przeniesli mnie na inne lozko, przyprowadzili Lemura z Zoska, i od razu przystawilismy ja do piersi, bo jak Lemur relacjonowal, ona juz od godziny szuka czegos do ssania. Tak wiec dostala piers, choc jak na razie nic z niej jeszcze nie cieklo. Albo niewiele.

Przyszla pani anestezjolog wyjac rurke z mojego kregoslupa, i dostalam bardzo wyrazny prikaz, ze jak po zniknieciu znieczulenia bede czula mrowienie w nogach, to NATYCHMIAST mam to zglosic poloznej. :)

Potem zawieziono mnie na oddzial poporodowy. Mimo, ze bylo juz dobrze po polnocy, przywitaly mnie dwie polozne, na stoliku czekal termos z goraca herbata z kopra wloskiego, oraz woda. Polozne podjely probe zaprowadzenia mnie do toalety, ale niestety skonczyly sie prawie omdleniem, zawrotami glowy, i nudnoscia, wiec zaniechalysmy tego pomyslu. Dostalam kaczke, i panie polozne delikatnie mnie umyly. A potem juz tylko spaaaaaaac. :)

15 cze 2012

moj porod - czesc czwarta

Pani anestezjolog byla chyba najmniej mila osoba podczas calego mojego pobytu w szpitalu. Choc w sumie to ja ja rozumiem, ma bardzo odpowiedzialne zadanie. Kiedy mi wysmarowala plecy, i chciala sie zaczac wkluwac, to ja sobie jedna reka poprawilam spadajacy kitel. I to byl blad, bo pani anestezjolog ryknela: nie ruszac sie!!!! I nawet jak przyjdzie skurcz, to niech pani nie drgnie!!!!! No wiec wyobrazacie sobie, jak sie zestresowalam. No bo jak tu sie nie ruszac przy skurczu? Wnosze, ze ta pani sama nigdy nie rodzila. Wiec siedzialam z wygietym kregoslupem, i modlilam sie, zeby zdazyla przed nastepnym skurczem, I udalo sie. :) moze moj stres tez spowodowal, ze nastepny skurcz przyszedl troche pozniej... ktoz to wie. W kazdym razie udalo sie jej pieknie wkluc.

Noooo prawie idealnie. Bo jak sie juz za chwile okazalo, lewa strona cos slabo byla znieczulona. Pani anestezjolog ostrzegala, ze cos takiego moze sie zdazyc, ale wtedy trzeba po prostu sie polozyc na tej stronie mniej znieczulonej, zeby sie rureczka wbita w rdzen kregowy przesunela. Coz, niestety u mnie nie pomoglo. Do tego pani polozna kazala mi sie ustawiac na czworaka, z jedna noga uniesiona (nie wiem czemu, ale od razu mi sie skojarzylo z sikajacym psem :)), zeby pomoc dziecku sie ustawic bokiem. Bo nie wiem czy wiecie, ale maluch wchodzi do miednicy, czy tez szyjki macicy bokiem, czyli twarza w strone nogi matki, potem  w trakcie sie przekreca o 45° i przez pochwe wychodzi twarza na dol. Wynika to z ulozenia otworow. Tak jest dziecku najlatwiej.

Tak wiec po znieczuleniu nie mozna stac, wiec wszelakie pomoce jak pilka, taboret, drabinki i inne, nie wchodzily w gre. Ale na czworaka na lozku moglam. Wiec jak czulam zblizajacy sie skurcz, bo sie wdrapywalam na czworaka, za kazdym razem podciagajac sie na rece Lura, ktory caly czas byl przy mnie. A w przerwach miedzy skurczami kladlam sie na lewym boku, co by tam tez znieczulenie zadzialalo. Ale nie chcialo. Wprawdzie zniknal najwiekszy bol, ale ciagle jeszcze wszystko czulam po lewej stronie.

W sumie okazalo sie to nie takie zle, bo dzieki temu moglam czynnie uczestniczyc w porodzie. Sama czulam zblizajacy sie skurcz, i wiedzialam kiedy przec. Normalnie przy pda nie czuje sie absolutnie nic od pasa w dol, i jakakolwiek wspolpraca jest utrudniona. Rodzaca musi sluchac kogos, kto patrzy na wykres ctg i mowi jej kiedy ma przec. Ale i tak ona sama nie czuje JAK prze.

A czulam wszystko. Czulam dziecko przechodzace przez miednice, i darlam sie IDZIE!!! Mi sie wydawalo, ze ono zaraz wyskoczy i dziwilam sie, ze polozna siedziala przy biurku i wypelniala jakies dokumenty. Ale ona wiedziala co robi, bo to troche trwalo. Przechodzenie glowki przez miednice i drogi rodne trwa calkiem dlugo, tak na oko bym powiedziala, ze 20-30 min, i nastepuje calkiem samoistnie. Nie trzeba jeszcze przec, jedyne co trzeba robic, to pozwoli mu sie przesowac. Poniewaz ma cie uczucie strasznego parcia na obyt, i masz wrazenie ze za chwile zrobisz wielka kupe, to wiele kobiet w tym momencie sie blokuje i spina, i nie chce pozwolic dziecku wyjsc. Ja bylam na to przygotowana, wiedzialam, ze tak to bede czuc, i do tego mialam calkiem przyzwoita lewatywe zrobiona, plus moje jelitka same tez sie calkiem niezle w nocy oproznily. Tak wiec ja tego stresu nie mialam, i bylam calkiem rozluzniona.

Po kilkunastu skurczach polozna w koncu podesza do mnie: Super! juz widze wloski! Jak dla mnie masakra. :) czy chce pani dotknac glowki? Nieeee, wolalabym dziecko juz w calosci. Czy pan chce zobaczyc? NIEEEEEEEEE - to my oboje. :) No jeszcze czego, ja sama tego nie widze, a on bedzie ogladal. Jeszcze mi sie potem jakiejs awersji nabawi, i bedzie mu sie przypominac. Nie ma takiej opcji.

Ok, to jak nie to nie. No to teraz jak pani powiem kiedy, to pani bierze sie pod kolano (lezalam na boku), przyciska brode do piersi, zamyka oczy i usta i przeeeee. A jak powiem ze nie, to wtedy prosze sapac, ale nie przec! I uwaga.... teraz!!! I nabrac powietrza i jeszcze raz!!! I jeszcze raz!!!! super!!! Odpoczywamy! Nastepny skurcz, wiec powtarzamy wszystko jeszcze raz!!!!

Ja w miedzy czasie oczywiscie zobie pokrzykiwalam i miarzdzylam Lemurowi palce, ale niesamowitym bylo czuc jak dziecko sie przeciska.

A teraz spokojnie! Nie przemy! Czy chce pani ustawic sie na czworaka, zeby troszke odciazyc krocze?

No z jednej strony fajnie by bylo, jak bym nie pekla, ale z drugiej strony wizja ruszania sie teraz troszke mi sie nie podobala. Wiec powiedzialam, ze nie chce sie ruszac. Ok, to jedziemy dalej. Pani polozna pomogla glowce powoli wyjsc, Lemur widzial z jego perspektywy cos wlochate czarne.

W nastepnym skurczu urodzilam jedno ramie, razem z fontanna wod plodowych, ktore pod takim cisnieniem wystrzelily, ze pani polozna oberwala. :) a potem juz tylko jedno pchniecie, i mala wyskoczyla miedzy moje nogi. Polozne jeszcze tylko odwinely pepowine z szyjki - na szczescie nie byla mocno zacisnieta i nie przeszkadzala malej wyjsc.

Bylam w stanie tylko na nie patrzyc i sapac.

No niech pani wezmie dziecko na rece.

Kto? Ja? Ale jak? Polozne pomogly mi sie lekko podniesc, schylic i siegnac miedzy moje nogi. I juz mala byla na moim brzuchu. Male czerwono-sine trzesace sie malenstwo wyladowalo na moim brzuchu. Przykryto nas recznikiem, gdzie wetknelismy oboje z Lemurem glowy, i szeptalismy do naszego malucha. Oboje strasznie wzruszeni. Lemur nawet chyba bardziej. Mam nadzieje, ze sie nie zdenerwuje jak napisze, ze lezka mu sie polala. Ja bylam zbyc naprana hormonami zeby plakac. Polezelismy sobie tak z pol godziny, w tym czasie polozne zajely sie moim lozyskiem, i przygotowaniem wszystkiego do zbadania malej. W miedzyczasie zrobili nam zdjecie, przecieli pepowine - tutaj tez pytali nas oboje, kto chce przeciac, ale zadne z nas sie nie kwapilo do tego, wiec zrobila to polozna. :)

Potem zabrali malucha na badania, a nade mna zaczely sie czary. Bo lozysko sie nie chcialo odkleic. byly masarze, uciskanie, ciagniecie za pepowine, akupunktura, proby wycisniecia przeze mnie - czyli wywindowaly mnie w kucki i mialam przec. Ale jakos nic sie nie rodzilo. oprocz strasznych ilosci takich krwistych skrzepow. Jak to widzialam, to niektore mialy srednice po 4 cm. To bylo podobno to, co wypelnialo macice, i otaczalo lozysko, i to co, normalnie tygodniami po porodzie wycieka.

W miedzy czasie dowiedzielismy sie, ze mala wazy 2950g, i mierzy 54cm. Czyli jest chuda i dluga. I calkowicie zdrowa.

A mnie, kiedy po godzinie lozysko ciagle jeszcze sie nie urodzilo, postanowiono wylyzeczkowac. Lemura wyslano z maluchem do innego pokoju, w do mnie przyszla sama pani szefowa, druga monitorowala wszystko na usg i zaczelo sie lyzeczkowanie...

13 cze 2012

moj porod - czesc trzecia

No jak pan ordynator kaze...

Ale oczywiscie mialam wybor. Nic na sile, pytali mnie o zgode. A co ja na to? Wizja, ze to moze jeszcze nie wiadomo ile trwac, a ja mam juz prawie 30 godzin za soba, nie byla zbyt optymistyczna. Bylam juz naprawde wykonczona, a tu przeciez wszelakie metody wspomagajace nie przyniosly efektu. A coz moze oksytocyna zlego zrobic? Jedyna wada w moich oczach, to bolesnosc skurczy, ale przeciez sa znieczulenia. Wiec sie zdecydowalam na podanie oksytocyny, byle juz naszego malucha w ramionach trzymac.

Ale wczesniej sprobowalismy jeszcze kapieli w olejkach eterycznych, ktore mialy skurcze przyspieszyc, co oczywiscie nie przynioslo efektu. Tak wiec o godz. 18.00 podpieto mnie do oksytocyny. Skurcze od razu zaczely przyspieszac i stawac sie regularniejsze, mimo, ze dawka oksytocyny byla minimalna. Na lezaco juz nie moglam wytrzymac, bol byl wtedy duzo intensywniejszy, choc nie mam pojecia dlaczego. Tak wiec zaczelam sie wieszac na Lemurze. On przodem do mnie, ja schylona z rekami na jego szyi, i wdeeeeeech, i wyyyyydech. Caly czas bylam przypieta do ctg, wiec na wykresie widac bylo nie tylko tetno dziecka, ale tez skurcze. A poniewaz skurcz zaczyna sie w gornej czesci macicy, gdzie mialam przypieta diode, i macica skurcza sie od gory do dolu, a boli dopiero na dole, tak wiec na wykresie widac bylo o wiele wczesniej skurcz, nic ja poczulam bol. Tak wiec Lemur patrzyl caly czas na wykres, i jak tylko zauwazyl zblizajacy sie skurcz, juz wstawal, ustawial sie w pozycji gotowej, i pomagal mi wstac z lezanki. Bo w przerwach miedzy skurczami ja siadalam dla odpoczynku. Tak wiec jak widzialam ze on wstaje i podaje mi reke, to ja tez sie zwlekalam, i akurat mialam czas na zarzucenie mu rak na szyje, zanim przyszedl bol kulminacyjny.

A pani polozna co rusz podkrecala dawke oksytocyny, zeby akcja nie spowolnila. W przerwie miedzy skurczami dziwilam sie, ze jakos wcale nie boli mnie coraz bardziej, polozna na to, ze jej zdaniem, to juz sa maksymalne skurcze, juz mocniejsze nie beda. Ona to widzi po twardosci brzucha (dotykala mnie co jakis czas podczas skurczu) i po mojej reakcji.

No to mysle sobie, spoko! Damy rade bez znieczulenia! Nie jest tak zle!

No i.... PRAWDZIWE skurcze jednak jeszcze przyszly. Jakies pol godziny pozniej zaczelam WYC. No doslownie plakalam. I jednak poprosilam o znieczulenie. Nie, wolalam o znieczulenie! :)

Najpierw dostalam cos slabszego dozylnie, ale oczywiscie nic nie poczulam. Wiec poprosilam o cos mocniejszego. Dostalam. Ale to mocniejsze niestety sprawilo, ze czulam sie jak nacpana. Krecilo mi sie w glowie, nie moglam otworzyc oczu i ciezko mi sie mowilo. A bolalo i tak. Wiec kiedy znow zawylam przy nastepnym skurczu, to poprosilam o znieczulenie zewnatrzoponowe. Ktore zaraz otrzymalam.

Poproszono mnie o przejscie na sale porodowa, przebranie sie w kitel wiazany na plecach, i juz za chwile byla pani anestezjolog.

moj porod - czesc druga

Maly potwor po raz 1243 nakarmiony, i zainstalowany u taty w chuscie, bo ma cos niespokojny dzien, a tak sie stanowczo lepiej spi, wiec ja mam chwilke na kontynuowanie wspomnien. Ale tylko chwilke, bo muuuuuszeeeee sie przeeeeespac, poki potwor spi.

Tak wiec w poniedzialek o godz. 6.00 rano zawitala do naszego pokoju nasza sasiadka-polozna. Ona miala sie nami zajmowac przez cala swoja zmiane. Najpierw mnie zbadala: 4 cm! Pieknie! To teraz niech tylko skurcze sie rozpedza. Ale niestety, skurcze mialy odmienne zdanie na ten temat, i przyspieszac nie chcialy. Tak wiec sasiadka-polozna zaczela pomagac. Sprobowala wszystkiego: byla akupunktura i globulki homeopatyczne, byly masaze, spacery i kapiel w olejkach eterycznych, byly olejki masowane w brzuch, i olejki podgrzewane, byl spacer, i jedzenie. Bylo wszystko, niewiele brakowalo, a sasiadka-polozna zaczelaby nade mna odprawiac czary. Ale skurcze nie chcialy przyspieszac, a nawet troche zwolnily. I kiedy o godz. 14.00 przyszedl koniec jej zmiany, i nastepna polozna mnie zbadala i stwierdzila, ze zadnych zmian nie ma, ciagle 4 cm, to sie troche zalamalam.

Wtedy padl po raz drugi pomysl wyslania mnie do domu. Za pierwszym razem zaproponowano mi to rano, ale wtedy troche sie balam i bylam przekonana, ze przeciez juz nie bedzie dlugo trwac! Ale pare godzin pozniej juz nie bylam taka pewna siebie. Stwierdzilismy, ze w takim razie jedziemy do domu, szczegolnie, ze polozne podkreslaly dobry wplyw znanego, swojskiego otoczenia na akcje porodowa. Mam sie w domu rozluznic, zrobic sobie kapiel, zjesc cos smacznego, i wtedy wszystko na pewno ruszy z kopyta.

Tak wiec poslano po lekarke, aby wyrazila zgode. Lekarka przyszla z moimi aktami, i zaczela mnie wypytywac, czy aby nie bylo do tej pory zadnych problemow, czy to nie ciaza zagrozona, ryzykowna, aha, no i mala bardzo mala jest. Czy lekarz cos o tym mowil? Jak to mala! My nic o tym nie wiemy! Wprawdzie lekarz wagi nie podawal, ale podkreslal, ze wszystko jest w porzadku! Jak lekarka zobaczyla, jak sie przejelismy, to zaczela nas przepraszac, ze nie chciala nas wystraszyc, ze mala wazy ok 2800g, i to jest ok, jest drobna, ale zdrowa, i niczym nie mamy sie martwic. Co swoja droga bardzo mi sie podobalo. To przepraszanie. Bardzo ludzkie. Mowcie co chcecie, ale nie wybrazam sobie czegos takiego w Polsce.

Koniec koncow, ona tez by nas wyslala do domu, szczegolnie, ze mieszkamy bardzo niedaleko, potrzebujemy 6 min samochodem. No i nad nami mieszka przeciez sasiadka-polozna. Wiec lekarka poszla do doktora ordynatora po zgode. A pan ordynator? Jak to, 4 cm? Nie ma mowy, wie wyslemy jej z 4 cm do domu! Prosze podac oksytocyne dozylnie...

9 cze 2012

moj porod - czesc pierwsza

No to ruszamy ze spisywaniem wspomnien. Pewnie bedzie mocno na raty, bo jak wiecie, z maluchem pod pacha nie jest latwo. :)

Tak wiec wszystko sie zaczelo w niedziele 03.06 w nocy, czyli dokladnie w dzien wyliczonego terminu porodu. Zoska sie zapowiada bardzo punktualnym czlowieczkiem byc. O ok. 3.00 w nocy obudzil mnie bolesny skurcz. Byl taki jak dwa tygonie temu przy falstarcie, wiec tym razem tez myslalam, ze to zmylka, bo dzien wczesniej wzielam moje lekarstwo na jelitka (tromboza mi sie znow zaczela nawracac). Wiec skurcze obserwowalam, ale nawet nie mierzylam, liczac, ze pewnie i tak lada chwila mi wszystko przejdzie. Ale po wizycie w toalecie, nic nie przeszlo, wiez zaczelam mierzyc. Troche nieregularne odstepy, ale tak co ok. 10-15 min byly. No wiec juz sie zaczelam domyslac, ze to chyba to. Ale spodziewalam sie tez, ze to potrwa, wiec hamowalam niespokojne pytania Lemura: to co, jedziemy? Bo strasznie przejety byl.

Ale ja spokojnie jeszcze zupe ugotowalam, zjedlismy obiad, kapiel wzielam, zagralismy w nasza nowa gre (bardzo fajna, Torres sie nazywa, ale chyba teraz nie bedziemy mieli za duzo okazji zeby pograc...), poszlismy na spacer. Na spacerze juz musialam robic przystanki i wieszac sie na Lemurze, wiec jak po przyjsciu do domu okazalo sie, ze skurcze sa co 7-8 minut, to sie zaczelismy zbierac do szpitala. Kosmetyczka juz byla dopakowana, zostaly tylko kanapki dla tatusia. On oczywiscie nic nie chcial, bo przeciez jest najedzony. Dopiero uwaga, ze nie wiem ile to bedzie trwac, ze lepiej miec i nie zjesc, niz nie miec i zalowac, sklonila go do przygotowania zapasow. I oczywiscie okazalo sie to byc swietnym pomyslem.

O 22.00 w niedziele 03.06 ruszylismy do szpitala, po tym jak wczesniej zadzwonilam i ich o naszym przybyciu uprzedzilam.

Tutaj fajna historyjka, jak zadzwonilam na porodowke, to uslyszalam przywitanie: Jedzenie jest gotowe!!!! Dopiero na moje zdziwione: Halo? Uslyszalam: O przepraszam! Halo? Ja myslalam, ze to nasza pani doktor dzwoni, bo mialam jej powiedziec jak kolacja bedzie gotowa. :) Pani polozna jeszcze w szpitalu sie tlumaczyla i z tego smiala. :)

W szpitalu nas oczekowano, od razu wyciagnieto moje dokumenty, ja musialm tylko oddac tzw. Mutterpass, czyli ksiazeczke ciezarnej, gdzie byly zamieszczone wszytkie informacje z przebiegu ciazy. I juz lezalam przypiety do ctg.

Naprawde niesamowita obsluga, fantastyczne podejscie. Juz na dzien dobry czulam sie bezpiecznie, i po prostu fajnie. Pani doktor zrobila usg, zmierzyla naszego malucha na lewo i prawo, probowala jeszcze raz zajrzec, czy moze plec sie nie zmienila (na moja prosbe, bo nasz pan doktor troche oporny byl) i zalozyla mi wenflon. Po prawie godzinnym ctg, i po badaniu, wynik byl nastepujacy: Szyjka bardzo miekka, rozwarcie szyjki malutkie, na jeden palec, skurcze sa, ale jeszcze bardzo nieregolarne i calkiem slabe. Tak wiec najpewniej bedzie to jeszcze troche trwac. Czy chce jechac do domu, czy zostac w szpitalu? Oni polecaja pozostac. No i ja tez wolalam. Bo po prostu czulam sie bezpieczniej. Tak wiec dostalismy wlasny pokoj, ja na lozku, Lemur na lezance, ja podpieta do ctg mialam sobie lezec, i probowac miedzy skurczami co nieco odpoczac.

I tak sie skonczyl dzien pierwszy porodu. Jak sie domyslacie, niewiele spalam, raczej odplywalam lekko w przerwach miedzy skurczami. Wiec jak zaczelo sie robic jasno, to bylam niezle zmeczona, a skurcze jakos ani nie przyspieszaly, ani nie stawaly sie intensywniejsze....

cdn.

7 cze 2012

Jestesmy

No to jestesmy. Troche sie pomeczylysmy, mysle ze ja bardziej, ale nic to, widok slodkiej Zoski wynagradza kazdy bol.

Jak troche dojdziemy do siebie, to obiecuje szczegolowy opis, bo sie dziaaaalooo. :) Ale tylko jedno powiem, jestem pod wrazeniem niemieckiego systemu opieki zdrowotnej, a szczegolnie szpitala w ktorym bylismy. Po prostu WOW. Ale to nastepnym razem, teraz ide nakarmic bezdennego potwora i sie zdrzemnac.

3 cze 2012

Chybaaaaa....

Chyba sie zaczelo. O 4 rano obudzil mnie strasznie bolesny skurcz. Okolo 8.00 skurcze troche zelzaly i sie uregularnily, ale nie zniknely, choc myslalam, ze to znow zmylka, bo wczoraj przeciez wzielam moje lekarstwo. Nie przeszly tez w kapieli. Wiec czekamy. Do tej pory byly co 10-15 min. Zaraz znow zaczne mierzyc, co by zmiany zaobserwowac.

Juz za pare godzin nasze malenstwo bedzie z nami!!!

1 cze 2012

Dzien dziecka - ciagle w dwupaku.

Dzis z okazji dnia dziecka ucielam sobie pyyyyyszna drzemke popoludniowa. Z regoly nie lubie tego robic, ale nasze nocne pogaduchy, no i kilkakrotne wstawanie w nocy zrobilo swoje. No i mam nadzieje, ze tez powoli jest to zmeczenie przedporodowe, bo o takim donosza ciezarowki czesto.

Bo my, drodzy panstwo, ciagle jeszcze w dwupaku. I dobrze, bo balismy sie, ze mala bedzie miala urodziny w dzien dziecka. a to przeciez niesprawiedliwe. Wiec w dzien dziecka nie bedzie. Teraz to juz obojetne kiedy, byle niedlugo. Bo chcialabym uniknac sztucznego wywolywania porodu, a tutaj juz nawet kolo 4 dnia po terminie moga zarzadzic. Oczywiscie nic bez mojej zgody, bo ja bym chciala naturalnie.

A czy pisalam, ze nagle okazalo sie, ze mloda dziewczyna, ktora mieszka nad nami, to polozna, ktora pracuje wlasnie w mojeje klinice? Kto wie, moze bedzie przy moim porodzie. :) Dostalam od niej caly worek roznych probek kostmetycznych dla mnie i dla malucha. Fajnie. I powiedziala, ze w dniu terminu mam do niej przyjsc, ona cos mi da, zeby wywolac porod, bo chcialabym, zebym uniknela sztucznego wywolywania. Czyli wnosze z tego, ze nie jest to przyjemne. W internecie wyczytalam rozne historie, ale wiekszosc donosi, ze porod jest wtedy bardzo bolesny.

A no zobaczymy, moze uda sie w terminie. Licze na pelnie ksiezyca, ktora bedzie w poniedzialek. :) W necie znalazlam oficjalne badania, ktore donosza, ze to mit, ale wszyscy mowia co innego. Dzis rowniez pytalam mojego Ginia, ktory lata cale pracowal w klinice i odbieral porody, i potwierdzil. "Normalnie mielismy tak trzy porody co noc, a przy pelni siedem!". Tak wiec ja jednak wierze, ze ma to wplyw, i mam nadzieje, ze Zoske ksiezyc wyciagnie. :)

Wiec wracam do leniuchowania, czytania, i objadania sie truskawkami!