Jesteśmy właśnie w trakcie pierwszej walki z chorobą. Bo przecież katarek sie nie liczy. Tak więc na początek mamy od razu grypę żołądkową. Na szczęście Zosia ją przechodzi w miare nieźle. Zaczęło sie wczoraj po południowej drzemce, marudzenie i płakanie, a zaraz potem gorączka. Wieczorem trzy wymioty (to chyba kaszka z bananem nie weszła) i marudzenie. Ciągle na rękach, prawie 39°, krótkie drzemki a po nich płacz nie do uspokojenia. Zmienialiśmy się (na szczęście jest sobota), ale i tak o 3.00 zastrajkowałam, i dałam jej czopka przeciwgorączkowego. Ciągle nie jestem pewna, czy dobrze zrobiłam. Organizm powinien sie bronic sam, gorączka jest dobrym znakiem walki organizmu (oczywiście do 40° i nie non stop), no i skutki uboczne(wątroba, nerki).... Ale ona była już taka umęczona! A zaraz potem zasneła i spała do 8.00 (z trzema przerwami na płacz)!
Dziś rano już myśleliśmy, że nastąpiło cudowne ozdrownienie, ale w południe znów się zaczęło marudzenie, i temperatura też powoli rośnie. Teraz śpi od 2h, oczywiście z przerwami na płacz i tulenie. Ciekawe jaka będzie noc...
A rano było tak:
Dziś rano już myśleliśmy, że nastąpiło cudowne ozdrownienie, ale w południe znów się zaczęło marudzenie, i temperatura też powoli rośnie. Teraz śpi od 2h, oczywiście z przerwami na płacz i tulenie. Ciekawe jaka będzie noc...
A rano było tak:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz